---
title: "100 kilometrów z dziećmi przez Rudawy"
description: "Górskie przejścia można robić także z dziećmi. Dowodem jest Dominika Hořáková, która ruszyła na liczące 100 km przejście Rudaw z dwójką dzieci."
canonical_url: "https://gramino.pl/blog/100-km-z-dziecmi-przez-rudawy"
last_updated: "2020-09-08"
---

# 100 kilometrów z dziećmi przez Rudawy

Authors: David Czempka

Date: 2020-09-08

Górskie przejścia można robić także z dziećmi. Dowodem jest Dominika Hořáková, która ruszyła na liczące 100 km przejście Rudaw z dwójką dzieci.

Zacznę od tego, że wszyscy pytają, skąd w ogóle wziął mi się taki pomysł. Przyznaję, że pomysł, bym sama z dwójką małych dzieci przeszła całe Rudawy, to szaleństwo, ale jak powiedziała moja koleżanka, przypadkiem też Dominika, ja po prostu jestem szalona :-).

Pierwszy raz pomyślałam o tym już rok temu. Początkowo planowałam wędrówkę grzbietami Szumawy, ale mamy tam 200 kilometrów. A w Rudawy zaledwie dziesięć minut samochodem. Poza tym trochę już je znam, więc dlaczego nie poznać ich z innej strony? Mam na myśli wędrówkę pieszo, z noclegami na świeżym powietrzu i bez przystanków przy atrakcjach turystycznych — sama przyroda.

## Planowanie

To nie było takie trudne. Najważniejsze było wybrać punkt startowy. W moim przypadku w grę wchodziły Petrovice albo Tisá. Potem przyszły długie noce wodzenia palcem po mapie. Tyle razy zmieniałam trasę, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało, bo dzięki temu dobrze znałam mapę. Trzeba było też przygotować sprzęt na drogę. Spisałam długą listę wszystkiego, czego potrzebowalibyśmy na przejście.

## **Dzień 1. Petrovice – Komáří vížka**

O 6:15 wychodzimy z domu na stację kolejową w Perštejnie, skąd o 6:56 odjeżdża nasz pociąg. Słońce dopiero się budzi, a my już pokonujemy pierwsze kilometry leśną drogą. W Perštejnie wsiadamy do pociągu osobowego, który zawozi nas do Chomutova, a tam przesiadamy się na pociąg pospieszny do Ústí. Na miejscu mamy godzinę do odjazdu autobusu do Petrovic. W międzyczasie odkrywam, że zostawiłam w domu na suszarce krótkie spodenki, i zastanawiam się, czy dam radę bez nich i przejdę całą trasę w samych legginsach. O dziewiątej jesteśmy na dworcu w Ústí nad Labem. W drodze na dworzec autobusowy zauważam sklep z odzieżą sportową. Nie waham się i na wszelki wypadek wbiegam kupić te spodenki.

Przechodzimy obok kościoła, w którym właśnie trwa msza. Dzieci są zaciekawione, więc zaglądamy do środka. Wszyscy klęczą i słuchają. Robimy to samo, żeby nikogo nie urazić, ale dzieci są strasznie ciekawe i ciągle o coś pytają. Musimy więc wyjść i dopiero przed kościołem wszystko im wyjaśniam. Wtedy podchodzi do nas starszy mężczyzna, którego spotkaliśmy już przy wejściu, i błogosławi nam na drogę, choć nie ma pojęcia, że właśnie się w nią wybieramy. Odmawia kilka modlitw, dziękujemy mu i ruszamy szukać naszego przystanku autobusowego. Jest przy teatrze, ale mamy jeszcze sporo czasu, więc moczymy nogi w pobliskiej fontannie. Słońce zaczyna już mocniej przygrzewać. Nawet nie wiem kiedy, ale po chwili Tomík jest mokry od stóp do głów.

Przed jedenastą wysiadamy na przystanku w Petrovicach. Wspinamy się pod górę na zachód od wsi. Ładny początek, ale dzieci maszerują bez marudzenia. Przy ostatnim domu jeszcze nabieramy wody, a dalej idziemy przez pole w stronę Mordovny, gdzie wchodzimy na czerwony szlak. Biegnie tędy również ścieżka edukacyjna Zapomenuté pohraničí. Spotykamy kilku rowerzystów. Przed przejściem pod autostradą D8 robimy przerwę na przekąskę w wiacie turystycznej i ruszamy dalej. Dzieci jeszcze sprawdzają echo w przejściu, ale nie możemy się ociągać, przed nami kawał drogi. Wyruszyliśmy dość późno, o 11, i nie wiemy, co nas czeka na trasie do Komáří vížki, więc nie ma czasu na postoje.

Za Krásným Lesem znowu idziemy pod górę. Muszę robić przerwy, bo droga jest kamienista i trudno pchać wózek po takim zboczu. Dzieci też mają co robić, ale ponieważ często się zatrzymuję, żeby złapać oddech, zawsze mnie doganiają. Wyprzedza nas starszy pan, którego rower elektryczny bez trudu radzi sobie z podjazdem. Wołam, żeby wziął nas na hol, ale odpowiada po niemiecku, że nie rozumie.

Zatrzymujemy się przy kolejnej wiacie na przerwę na picie. Ja na chwilę kładę się na drewnianej ławce. Idziemy dalej leśną drogą, a kiedy zaczyna podejrzanie skręcać w inną stronę, spoglądam na mapę i odkrywam, że zabłądziliśmy. Trochę nadłożyliśmy drogi, ale to nic strasznego. Wychodzimy na szosę nieco wcześniej, przy osadzie Větrov niedaleko Adolfova. Wyciągam kamizelkę odblaskową, a oboje dzieci siada w wózku. Znowu idziemy pod górę — teraz to dopiero masakra.

Wkrótce jednak docieramy do małej wsi Adolfov. Dáška zasnęła w wózku, a ja z Tomíkiem idziemy do restauracji na Kofolę. Muszę tu jeszcze uzupełnić szybko znikającą wodę i na wszelki wypadek podładować telefon.

Z Adolfova idziemy jeszcze kawałek szosą. Dáška nadal śpi, a Tomík jest spokojny. Cieszę się ciszą i podziwiam kolorowe łąki. W Habarticach skręcamy w leśną drogę i już z daleka widzimy hotel na Komáří hůrce.

Komáří vížka to nasz dzisiejszy cel. Docieramy tu jeszcze za dnia i w wiacie turystycznej przy kaplicy św. Wolfganga podgrzewamy jedzenie na kuchence. Dzieci w tym czasie wyrzucają wszystkie kamienie z wagonika górniczego, a ja zastanawiam się, gdzie rozbijemy namiot.

Zaczynam się trochę denerwować, bo zapada zmrok i wiem, że muszę znaleźć miejsce natychmiast. Wtedy dostrzegam wiatę przystanku autobusowego przy głównej drodze. Dobry wybór: pomieści naszą trójkę i wózek, a w bonusie tuż obok jest ogromna kałuża. Dzieci od razu zabierają się za ratowanie wszystkich owadów, które do niej wpadły, a ja przygotowuję nam posłania. Jakiś mężczyzna spaceruje z psem wokół przystanku i ciekawie nam się przygląda. W końcu nie wytrzymuje i podchodzi. To Niemiec z pobliskiego punktu gastronomicznego tu, na Komáří vížce. Zaczynamy rozmawiać. Odświeżam swój niemiecki i sama siebie zaskakuję. Pan nas podziwia i pyta, czy rano nie napiłabym się kawy. Serdecznie dziękuję, ale odmawiam, bo nie piję kawy. Życzy nam dobrej nocy i się żegna. Czas spać.

- **Dystans: 20 km**
- **Suma podejść: 502 m**
- **Suma zejść: 234 m**

## **Dzień 2. Komáří vížka – Moldava**

Pierwsza noc na zewnątrz, kiedy byłam sama z dziećmi, była taka sobie. Często się budziłam, bo duży parking obok przystanku służy ludziom do spotkań i pogaduszek, najwyraźniej o każdej porze.

Budzimy się w chłodny poranek, jemy na śniadanie musli, potem pakuję nasz niebieski cyrk i ruszamy czerwonym szlakiem w stronę Cínovca. Tym razem nikogo nie spotykamy po drodze. Po pięciu kilometrach zatrzymujemy się przy rozpadającej się wiacie, gdzie zamierzamy ugotować obiad, ale w środku nie ma ławek. Zmieniam więc plan: ugotujemy obiad dwa kilometry dalej, nad stawem. Musimy też uzupełnić wodę. Na mojej starej mapie znalazłam źródło o nazwie Mrtvé dítě, czyli „Martwe dziecko”, ale niestety w tym miejscu stoi budynek otoczony strefą ochronną. Obok w rowie coś płynie, ale wygląda tak podejrzanie, że po wypiciu mogłoby być niedaleko do martwego dziecka.

Wszyscy kąpiemy się w Dlouhým rybníku. To nasze pierwsze mycie od początku wędrówki przez Rudawy. Gotujemy tu zupę i przebieramy się w lżejsze ubrania, bo słońce znów zaczyna mocniej przygrzewać. Dostaję też wiadomość od kolegi Kuby: gdybyśmy czegoś potrzebowali, możemy zajrzeć do jego znajomych mieszkających w Cínovcu. Oczywiście korzystamy z propozycji. Muszę naładować telefon i dwa powerbanki oraz uzupełnić wodę.

U Soni zostajemy około półtorej godziny. Dostajemy też jedzenie — akurat nasze ulubione spaghetti bolognese. Sonia podpowiada nam kilka skrótów i ruszamy dalej. Takie leniuchowanie to my potrafimy. Znowu idziemy kawałek szosą, a potem skręcamy do lasu na czerwony szlak. Oboje dzieci zasypia w wózku, a przede mną strome zejście. Wyciągam pasy i wiążę je wokół siebie oraz do rączki wózka. Robię to dla bezpieczeństwa. Gdyby nogi poślizgnęły mi się na zejściu, na pewno nie utrzymam wózka i mi ucieknie. Jego masę szacuję na jakieś 55 kilogramów. Bardzo pomaga schodzenie zygzakiem — wózek nie próbuje wtedy niekontrolowanie rozpędzać się pod własnym ciężarem. Moje obawy się sprawdzają i noga ślizga mi się na kamienistej drodze. Na szczęście pasy nas zabezpieczyły.

Docieram do rozdroża. Nieoznakowana droga, którą znalazłam na mapie i która miała oszczędzić nam kilometr, jest zawalona drzewami. No trudno. Idziemy dalej czerwonym szlakiem, a potem przechodzimy na zielony, którym biegnie także ścieżka edukacyjna. Dojdziemy nim aż do Moldavy. Tutaj spotykamy już trochę ludzi. Tomík postanowił zastrajkować i nic nie jest w stanie go ruszyć. Zatrzymuje się i stoi jak posąg. Trudno z nim dojść do ładu.

Przechodzimy obok stawu. Dzieci obserwują ważki, wrzucają kamyki do wody i gdybyśmy stamtąd nie poszli, pewnie wrzucałyby je do dziś. Idzie nam naprawdę powoli, więc ostatecznie nasza trasa będzie krótsza, choć zdam sobie z tego sprawę dopiero następnego dnia.

Szklarską ścieżką edukacyjną docieramy do Moldavy. Mijamy zabytkowy dworzec, a przez otwarte drzwi dolatuje do nas ten klasyczny dworcowy zapaszek. Siadamy na tarasie miejscowej restauracji, pijemy lemoniadę i ładujemy elektronikę.

Wieczorem ma padać, więc znowu wybieramy na nocleg wiatę przystanku autobusowego przy szosie. Jest większa od tej na Komáří vížce. Spokojnie moglibyśmy w niej zamieszkać.

Przygotowuję posłania, a dzieci w tym czasie znalazły sobie zabawki przy śmietnikach. Wieńce z kwiatów. Niedaleko są wietnamskie sklepy, więc założę się, że to z nich pochodzą niechciane wieńce. Nie szkodzi. Nie mamy ze sobą żadnych zabawek, więc nie będę im odbierać tej radości. Trochę niepokoi mnie jednak mężczyzna, który wciąż przejeżdża obok samochodem i zagląda do środka. No to dobranoc.

- **Dystans: 17,6 km**
- **Suma podejść: 251 m**
- **Suma zejść: 234 m**

## **Dzień 3. Moldava – Klíny**

Padało przez całą noc, a rano budzi nas zimno. Na śniadanie znów jemy pieczone musli. Pakuję nasz niebieski cyrk i ruszamy szklarską ścieżką edukacyjną w stronę przejścia granicznego Holzhau. Po drodze nabieramy wody ze źródła i rozmawiamy o naszej wędrówce z mężczyzną z jednego z domków. Po pięciu kilometrach robimy krótką przerwę w wiacie na granicy. Niedaleko widzimy sarnę. Podskoczyła dwa razy, a z wysokiej trawy wyłoniło się dwoje jej młodych, które od razu zaczęły pić mleko. Piękny widok.

Teraz rozumiem, dlaczego wszyscy mówią, że Moldava to zupełnie inny świat. Mają rację. Tutaj jest inaczej, jakoś magicznie.

Przekraczamy granicę i nadal idziemy czerwonym szlakiem. Jedno trzeba przyznać naszym niemieckim sąsiadom: na szlakach mają chyba co kilometr ławkę. Wiaty też są świetnie urządzone, za to oznaczeń jest niewiele. Muszę więc ciągle sprawdzać, czy idziemy dobrze. Zatrzymujemy się przy potoku, gdzie też stoi ławka. Dzieci moczą nóżki w wodzie, a ja przygotowuję obiad. Pyszny gulasz zjadamy raz-dwa.

Zatrzymujemy się w restauracji w Deutschgeorgenthalu i znowu ładujemy elektronikę. Patrzę na mapę: kawałek będziemy musieli przejść ruchliwą szosą. Musimy dotrzeć do zbiornika Rauschenbach, skąd pójdziemy chwilę lokalną drogą, a potem znów leśną ścieżką. W Neuwernsdorfie dopada nas jednak burza. Przez chwilę idziemy w deszczu, ale potem leje jak z cebra i musimy natychmiast gdzieś się schować. Znajdujemy otwarty garaż, siadamy z Dášenką na paletach i czekamy, aż przejdzie. Tomík na szczęście śpi, więc omija nas jego krzyk przy każdym grzmocie.

Z pogodą kiepsko. Przestać padać ma około siódmej, a my musimy ruszać, żeby dotrzeć na nocleg jeszcze za dnia. Siedzimy w garażu już ponad półtorej godziny. W tym czasie obudził się również Tom, i to w niezbyt dobrym humorze. Na szczęście chmury zaczynają się rozchodzić i możemy iść dalej.

Na tej trasie są dwie chatki turystyczne do nocowania i planowaliśmy zatrzymać się w jednej z nich. Tylko że już od rana czuję, że coś jest nie tak. Ciągle chce mi się siku, nawet kiedy dopiero co byłam. Wiem, co mnie bierze, i że to przez chłodną noc w Moldavie.

Docieramy do pierwszej chatki. Jest naprawdę luksusowa i po wstępnych oględzinach wydaje się, że nie powinno nam być w niej zimno. Stoi na betonowych podporach i ma drewnianą podłogę. Idziemy dalej. Znowu ciągniemy się pod niekończącą się górę, gdy nagle otwiera się przed nami wspaniały widok. Zastanawiam się, czy spać dziś w chatce, czy jednak pójść do pensjonatu. Myślę o tym przez całą drogę do drugiej chatki i w końcu uznaję, że lepiej będzie spędzić tę noc w cieple.

Przy drugiej chatce szukam już noclegu w okolicy. Mężczyzna, który właśnie spaceruje tam z synem i psem, poleca mi pensjonat Stará škola w Klínach. Jestem na granicy czesko-niemieckiej i chyba nic lepszego teraz nie znajdę, więc zaryzykuję i zejdę pięć kilometrów do Klín. Jutro po prostu znowu podejdziemy pod górę. W tym momencie plan zmienia się jednak tak bardzo, że w kolejnych dniach nie będą się już zgadzać miejsca, do których mieliśmy dotrzeć.

W pensjonacie Stará škola witają nas serdecznie. Dostajemy pokój o nazwie Sborovna, czyli „Pokój nauczycielski”, a ja od razu idę rozgrzać się pod prysznicem. Mam nadzieję, że to tylko sygnał ostrzegawczy i jutro poczuję się lepiej. W najgorszym razie będę musiała poprosić kogoś o przywiezienie antybiotyków.

Dopiero drugi raz nocujemy w czeskim pensjonacie. Pracownicy są przyjaźni i zupełnie nie przeszkadza im dwoje dzikich dzieci z lasu. Wręcz przeciwnie, starają się pomóc nam we wszystkim, co bardzo doceniam. Korzystam z dostępu do prądu i przed snem ładuję elektronikę. Na zewnątrz znowu pada, a ja się cieszę, że dziś śpimy w cieple. Chwilę później do deszczu dołącza burza. Jest dokładnie nad nami, gdy nagle rozlega się grzmot. Aż podrywa mnie z łóżka. Całe szczęście, że dzieci śpią — Tomík na pewno by się rozpłakał. Zasypiam.

- **Dystans: 27,8 km**
- **Suma podejść: 533 m**
- **Suma zejść: 605 m**

## **Dzień 4. Klíny – Brandov**

Rano budzi mnie budzik o siódmej, za to dzieci śpią do dziewiątej. Noc w cieple dobrze mi zrobiła. W restauracji czeka na nas królewskie śniadanie, po którym zostaje już tylko spakować kilka rzeczy i znowu ruszyć w drogę.

Pytam kelnera, czy słyszał wczoraj wieczorem ten huk. Odpowiada, że właśnie palił na zewnątrz, kiedy nagle piorun uderzył tuż obok pensjonatu. Mówi, że, delikatnie mówiąc, o mało nie narobił w spodnie. Wcale mu się nie dziwię.

Mamy już spore opóźnienie, a wyjście z pensjonatu zagradza nam towar ustawiony w drzwiach, przez które muszę wyjechać wózkiem. Dzieciom to nie przeszkadza, bo w tym czasie bujają się na huśtawce, ale ja zaczynam się denerwować, czy zdążymy dotrzeć do dzisiejszego celu.

Wreszcie wychodzimy z pensjonatu Stará škola. Po deszczowej nocy rezygnuję z niebieskiego szlaku i wybieram drogę numer 271. Nie ma co ukrywać: łatwiej pchać wózek po asfalcie niż po błotnistej ścieżce. Po kilku kilometrach skręcamy z szosy na czerwony szlak w kierunku Mníška. Tam uzupełniam wodę na stacji benzynowej i dalej idziemy trasą rowerową numer 23 do Novej Vsi.

W Novej Vsi robimy przerwę na przystanku autobusowym, a miły pan z naprzeciwka specjalnie dla nas otwiera sklep spożywczy. Stąd ruszamy już żółtym szlakiem w stronę Hory Svaté Kateřiny.

Na początku wędrówki dostałam kontakt do pani Mili, która przejechała Rudawy na rowerze wzdłuż i wszerz. Czwartego dnia korzystam więc z jej rad i rezygnuję z drogi do Kalku zielonym, a potem niebieskim szlakiem przez Rudolice. Podobno jest tam tak stromy podjazd, że nawet rowerzyści mają z nim problem. Wybieram więc szosę do Brandova.

W Brandovie musimy zatrzymać się w gospodzie i podładować telefon, bo nie wiem, czy bateria wystarczy mi do jutrzejszego popołudnia. To ciągłe patrzenie na mapę strasznie ją zjada. Jest około czwartej i odkrywam, że do Kalku mamy 12,5 kilometru, a według mapy dotrzemy tam za 4,5 godziny. Tylko że mapa nie wie o dwójce małych dzieci, więc nam zajmie to sześć godzin. Nie wiem, co robić: nie zdążymy przed zmrokiem, a nie mam ochoty rozbijać namiotu w połowie drogi, w ciemnym lesie. Właściciel gospody proponuje, żebym rozbiła namiot na tyłach lokalu, i mówi, że dobrze zrobiłam, omijając Rudolice. Ja jednak zaczynam wątpić, czy tamtędy nie byłoby dla mnie lepiej. Pokonałam już takie podejścia, że mówiłam sobie, iż gorszych spotkać nie mogę, ale inni tego nie wiedzą. Może byłabym w Kalku jeszcze przed ósmą.

Miałyśmy dziś spotkać się z Milą w Kalku i omówić moją trasę. Zamierzam napisać jej, że nocujemy w Brandovie, ale tymczasem ona dzwoni i mówi, że już jedzie i wiezie nam jedzenie. Bardzo dziękujemy.

Rozbijam namiot za gospodą. Musimy wcześnie pójść spać. Piątego dnia chciałam już być w Měděncu, ale teraz wiem, że to niemożliwe.

- **Dystans: 20,9 km**
- **Suma podejść: 224 m**
- **Suma zejść: 485 m**

## **Dzień 5. Brandov – Hora Svatého Šebestiána**

Znowu budzimy się w chłodny poranek. Dášenka trzęsie się z zimna. Jej śpiwór się nie sprawdza. Chętnie zamieniłabym się z nią, ale jej jest dziecięcy. Biorę ją do siebie i ogrzewam własnym ciałem. Pakuję niebieski cyrk i ruszamy z Brandova niebieskim szlakiem wzdłuż Načetínskiego potoku do Kalku. Ani żywej duszy. Choć na to nie wygląda, aż do Kalku wciąż idziemy pod górę. Nic strasznego, ale wolałabym iść tędy w przeciwną stronę.

W Kalku zatrzymujemy się w restauracji U Sovy, żeby uzupełnić wodę. Dzieci w tym czasie dostrzegły plac zabaw i pędzą w jego stronę. Kupuję lemoniadę. Nie nalałam sobie wody w gospodzie, bo od razu przypomniało mi się źródło Mrtvé dítě. Tylko tego by nam brakowało, żeby dostać po drodze biegunki. Siadam obok dwóch wędrowców i zaczynamy rozmawiać. Są w drodze od trzech dni i właśnie tutaj zakończyli wędrówkę.

Czas ruszać dalej. Plan zakłada przejście żółtym, a potem czerwonym szlakiem do Hory Svatého Šebestiána i nocleg w wiacie turystycznej przy Krušnohorskim oku. Tylko że to jeszcze 15 kilometrów. Szosą przez Načetín o kilometr mniej. Nie wiem, co jest lepsze, a co gorsze. Droga w terenie czy szosa — jedno i drugie już mnie wkurza. Tracę motywację. Dzieci też mają dość. Psychika dostaje porządnie w dupę. Dzwonię do Mili, bo już nie wiem, co dalej. Znajduje nam świetną wiatę tuż za granicą, na niebieskim szlaku w stronę Hirtsteinu. Możemy tam przenocować.

Idziemy więc znowu szosą w stronę Pohraniční. Robimy przerwę przy Červeným rybníku. Dzieci ciągle się ze sobą kłócą. W myślach wyobrażam sobie, jak im uciekam.

Po drodze znajdujemy trzy przejechane krety. Ulubiona postać z bajek Tomíka jest teraz płaska jak naleśnik — i to od razu 3 razy. Kiedy nie patrzę, dotyka kreta.

Jesteśmy na granicy, przy sklepie wolnocłowym. Mam trochę drobnych w euro, więc idziemy kupić picie i coś na ząb. Robimy przerwę na zewnątrz, a ja wciąż zastanawiam się, co dalej. Iść do Krušnohorskiego oka czy do wiaty po drugiej stronie granicy? W tym czasie widzę zbliżające się dwie mamy z trójką nastolatków i jednym trzyletnim chłopcem. Wędrują po Rudawach i kierują się do Marienbergu. Zatrzymują się na odpoczynek, a my spędzamy czas w ich towarzystwie.

Dziś po drodze więcej się obijaliśmy i postanowiłam zakończyć naszą wędrówkę. Tak czuję, choć mogłabym wyliczyć dziesięć powodów — wszystkie są drobiazgami. Największe znaczenie ma psychika. Kolejny powód to zimne poranki i nasz niewystarczający sprzęt. Chciałam dojść aż do miejscowości Luby koło Chebu, ale kończymy mniej więcej w połowie, z ponad 100 kilometrami w nogach.

Nasz niebieski cyrk kończy wędrówkę w Horze Svatého Šebestiána.

- **Dystans: 23,2 km**
- **Suma podejść: 531 m**
- **Suma zejść: 237 m**

A czy wyruszyłabym znowu? Tak, od razu! Wszystko jest w głowie, nie w nogach. Trzeba tylko lepiej się wyposażyć. W przyszłym roku przejdziemy resztę: od Hory Svatého Šebestiána aż do miejscowości Luby koło Chebu.

Trzymajcie za nas kciuki :-)

Za artykuł dziękujemy **Dominice Hořákovej**.

This post is also available as [HTML](/blog/100-km-z-dziecmi-przez-rudawy).

## Sitemap

See the full [sitemap](/sitemap.md) for all pages.
